15 January 2015

Captain Obvious to the rescueeee! - rzecz o serialu "Girls"

Achtung, będzie tyrada, po raz drugi. Tym razem jeszcze dłuższa. Przy okazji - post jest wręcz naszpikowany spojlerami, więc jeśli masz zamiar oglądać serial "Girls", to omiń tę notkę szerokim łukiem i wróć, jak już to cudo obejrzysz.



Wielokrotnie słyszałam i widziałam, jak różne osoby się rozpływają nad serialem "Girls". Że tak bardzo na czasie, że tak bardzo oddaje realia życia młodych kobiet tuż po studiach, że łamie stereotypy, że jest przełomowy, że ukazuje życie dziewczyn w prawdziwym świetle, ich problemy, i tak dalej, i tak dalej. 

Poczułam się, naturalnie, wywołana do tablicy, gdyż azaliż i bowiem jestem mniej więcej podobnym wieku i sytuacji zawodowej. Stwierdziłam, a co mi szkodzi, obczaję skąd ten hype.

No i obejrzałam. Sezon jeden i pół. I się wściekłam. Bo mogłam w tym czasie zobaczyć coś o wiele więcej wnoszącego do mojego życia, choćby i wyśmienity "Tokyo Godfathers" czy też kapitalnego "Sugarmana". 

Nie mniej wściekła byłam faktem, że w ogóle się wciągnęłam na więcej niż choćby jeden odcinek. Ale to tak jak z "The Room" - człek siedzi przed ekranem i się gapi jak urzeczony, że takie cudo w ogóle zostało wypuszczone z montażowni i podbite stemplem "puść pan toto w telewizorze". 

No, ale po kolei. 

Dawno, zaprawdę powiadam Wam, dawno nie widziałam tak antypatycznych, rozpieszczonych i jojczących postaci. A z jakiego powodu tak jojczą? Bo muszą wziąć odpowiedzialność z swoje życie. Jasne, wiem, że to ciężkie i nie zawsze nam się udaje, bo dopiero wchodzimy w dorosłość, nierzadko siedząc na garncu rodziców, chrzaniąc pierwsze roboty i stresując się, że do pierwszego czasami nie starcza. Szyściutko rozumiem, część znam z autopsji, część, bo gadam z ludźmi i wiem, co się u nich dzieje.

Jednak zgadnijcie, co pierwsze przyszło mi do głowy jako odpowiedź na dictum głównej bohaterki "ja nie po to studiowałam, żeby w Macu robić!", oraz późniejszy wypad (przy okazji - zjarana jak bąk) do rodziców, by stękać o pieniądze. I wielkie zdziwienie, dlaczego mamusia i tatuś nie chcą na nią wykładać więcej pieniążka.
A szło to jakoś tak - "Och, mujeju, taka tragedia, WZIĘŁABYŚ SIĘ DO ROBOTY, leniwa flądro!".

Ale w porządku. Cytując mojego ulubionego naukowca, dr Frank-N-Furtera, "nie oceniaj książki po okładce". Stwierdziłam, że dam szansę "Dziewczynom" i pooglądam serial jeszcze trochę dalej. W drugim odcinku dostałam w oko kwiatuszkiem przedstawionym w pasku powyżej, który wygłosiła 24-letnia dziewoja bardzo krótko po zaczęciu pierwszej (!!!) pracy. Witki mi w tym momencie opadły... Nie chcę tu grzmieć jak ksiądz z ambony i wchodzić w moralizatorskie tony, ale tego typu tekst w ustach zblazowanej, 24-letniej rury brzmi naprawdę idiotycznie. Coś takiego mogłaby chlapnąć świeżo upieczona absolwentka liceum w swojej pierwszej robocie u cioci w spożywczaku. I nagle mnie olśniło! Przecież to Element Komiczny z blogasków rodem! I, jako, że ma upierniczone nóżki i poderżnięte gardło, wywołuje lichy uśmiech, ale politowania. 

Nie mniej denerwowały mnie zachowania bohaterek, które, starając się być coraz bardziej odpowiedzialne, tym bardziej udowadniały, jak są cholernie nieodpowiedzialne. Daleko nie szukając - jedna z bohaterek ma mieć zabieg aborcji. Poważna sprawa, ale udało się dość wcześnie termin wyznaczyć, kumpele czekają w klinice, żeby ją wspomóc w razie potrzeby, brakuje tylko głównej zainteresowanej. Bo stwierdziła, że w zasadzie to jest ponadto, pójdzie na drinka do pubu i pójdzie uprawiać seks z przypadkowo poznanym kolesiem w tymże pubie. Tudzież wyłażenie na środku zmiany przez kolejną bohaterkę, tylko i wyłącznie po to, żeby się poryćkać z facetem, który mieszka na sąsiadującej z kawiarnią posesji (kompletnie przypadkowy seks to też temat na osobny elaborat, którego dziś nie ruszę). Albo branie kokainy, żeby mieć materiał do napisania artykułu. A także zostawienie na imprezie w cholerę koleżanki, która jest książkowym przykładem neurotyka, a właśnie się po raz pierwszy w życiu naćpała i jest wysoce prawdopodobne, że jej odbije szajba. I po raz kolejny oświecenie - to jest właśnie to łamanie stereotypów? Czy tylko przyciąganie widza na zasadzie "a, ciepnijmy widzowi na ekranie seksy, ludzie zaraz się zlecą!"? 

Abstrahując od bycia nieodpowiedzialnymi flądrami, "Dziewczyny" są dla siebie i otoczenia zwyczajnie niesympatyczne, infantylne i zbyt skupione na sobie, żeby dostrzec problemy swoich bliskich. Nie mówię też, że jestem kiej ta czysta, nieobsrana łąka, bo mam swoje za uszami, ale naprawdę nie miałabym ochoty się przyjaźnić. Ludzie kłócą się o pierdoły, jednak w "Girls" bohaterowie wyrzucają sobie kompletnie nie to, co trzeba, a o wiele większe problemy zostają przezeń nietknięte. I to właśnie chyba boli najbardziej - że autorka tego całego cyrku, Lena Dunham, nie potrafi realistycznie oddać relacji pomiędzy ludźmi. Na jej nieszczęście, oglądałam "Girls" tuż po skończeniu oglądania "Supernatural", gdzie relacje są pokazane w o wiele bardziej realistyczny sposób, pomimo całej otoczki, odgrywającej się w tle. Mimo, że dynamika relacji jest oczywiście nieco inna, bo Sam i Dean to bracia, a nie kumple, tak samo się kłócą, czasami uderzają w słodko pierdzące tony, to nie mam żadnego problemu, żeby uwierzyć w to, że są ze sobą bardzo związani. W "Girls: miałam problem z tym straszny problem i nierzadko zaczynałam się zastanawiać, po kij od mietły oni w ogóle chcą się przyjaźnić/być ze sobą/mieszkać ze sobą? Jak wspomniałam w poprzedniej notce, 

[...] bo jeśli bardziej realistycznym serialem od twojego, autorko droga, jest "Supernatural", to chyba jest coś nie ten teges.

I na (prawie) koniec tejże perory, chciałabym zapytać wszystkich tych, którzy twierdzą, że "Girls" są tak bardzo prawdziwe, bo pokazują, że życie jest także popieprzone, nieciekawe i często nie ma w nim happy endów. Do tego momentu się zgodzę, że serial jest w jakimś stopniu realistyczny. Czy naprawdę potrzeba nam wszystkim serialu, żeby oglądać życie, które jest tak samo popieprzone, nieciekawe i często nie ma w nim happy endów? Wiemy wszyscy jak to wygląda i szczerze, wolę wyjść na kawę z przyjaciółką i pogadać, zamiast siedzieć przed ekranem i oglądać perypetie bohaterów, których nawet nie lubię. Wyjdę nawet na tym lepiej.

No comments:

Post a Comment